” U podnóży krainy Szczęścia leżą Smutek i Strach”
Czasami w moim świecie pojawia się On. Siedzę sobie malutka, cichutko, w kąciku, robię jakieś swoje własne sprawki i nagle.. mnie dopada. Przychodzi jakoś z wewnątrz, i rozpełza się po całym ciele. Potrafi ścisnąć tak mocno, że aż fizycznie boli. Właściwie to znam go tak dobrze, że prawie go polubiłam. Nazywa się Pan Smutek.
Wiem na przykład, że nie da się nic zrobić, żeby poszedł. Wiem, że będzie we mnie tyle, ile chce. Zwykle rozpanosza się po moim środku, i po kolei podważa każdą prawdę, w którą wierzę.
Był czas, kiedy uczepił się braku Sensu. Tak sobie przy tym na mnie używał, że w końcu postanowiłam coś z tym zrobić. Przez kolejne lata zagłębiałam się w filozofii, poszukując lekarstwa na jego argumenty. Szukałam sensu i zrozumienia, aby rzucić mu je w twarz. Rzuciłam. Na parę lat dał mi spokój.
Myślę sobie, że Smutek, aby mógł nas smucić, musi mieć naprawdę dobry argument. Zwykle wybiera nasze najsłabsze strony, i z upodobaniem sprawia, że się ich boimy. Daje wycisk przez jakiś czas, aż w końcu, nagle, znudzony, odchodzi.
Ale to właśnie smutek i wszystkie rzeczy, nad którymi kazał mi się zastanowić, sprawiły, że zapragnęłam się Zmienić. To on pokazał mi, gdzie jestem najsłabsza, najwrażliwsza, i o czym staram się nie myśleć. To on, jak nikt inny, prosto i otwarcie mnie beształ, kazał zawracać, a gdy odpoczywałam na laurach, nie dawał zapomnieć. To on odgrzebywał szkielety w mojej szafie, i mówił mi, że tylko wtedy, gdy je utulę, poczuję, że chcę żyć.
Od początku wiedział, czego tak naprawdę chcę, a ja nie mogłam jemu zaprzeczyć. W głębi duszy wyczytywał moje najgłębsze lęki i wyciągał je bez litości, abym mogła o nich pamiętać, wciąż i wciąż. Czasami było mi tak ciężko, że w bólu traciłam całą psychiczną przytomność, i wpadałam w jakiś tunel, w którym była tylko nieświadomość i mój oddech.
Ale to on kreował mój Wzrost. A Wzrost przejawia się poprzez cierpienie i poprzez działanie. Cierpienie musi być wycierpiane do samego końca: nie ma tutaj taryfy ulgowej. Wiedz, że jeśli wciąż i wciąż nachodzi cię smutek i bezruch, to znaczy, że nie umiesz cierpieć. Bo cierpi się do końca, bez żadnych ratunkowych lin. Ktoś kiedyś powiedział, że w obliczu najgłębszego cierpienia równie blisko jest do szaleństwa jak i do oświecenia. Dlatego żadnych lin. Zagłębiasz się po prostu w swoje smutne myśli i drążysz. Drążenie może pozostawić cię w stanie martwego niedziałania przez lata. Czasami całe góry muszą się obrócić, żebyś odetchnął. To trwa. Musisz być cierpliwy, i gotowy na to, że nie skończysz się smucić w tym ziemskim życiu. Może potrzeba ich kilku.
Popatrz więc , o czym szumią twoje Smutki, a dowiesz się, czego pragniesz. Na początek, po prostu miej odwagę o tym zamarzyć.