Wiesia & Grzesia Tube

Blog harmonicznie dysharmoniczny…

listopad 17, 2007

Zaszufladkowany do: Codzienność — Wiesia @ 9:53 pm

@@   Ćwiczeń szpagatowych Dzień Szósty. Mięśnie jakby zaczynają mi wreszcie się rozciągać. Na noc rozgrzewam je Bengayem, po czym zasypiam padnięta bez większych problemów :-D  

< Najbardziej wykańcza mnie to: ” teraz trzy minuty pajacyków “. Obłęd. >

@@   Na łyżwach tłok jest wielki, bo Retkinia w remoncie i wszyscy walą na Halę. Uczę się Obracać podczas jazdy, a szyja boli mnie od ciągłego rozglądania się na boki, czy przypadkiem w kogoś nie wjeżdżam. Przed jazdą wkładam na kolana Ochraniacze, bo po tym, jak raz Wyrżnęłam o Lód … od razu Zmądrzałam.

@@   Na japońskim Pani kazała mi powtórzyć gramatykę, więc w niedzielę zapędzam się do roboty. Uff.. Szykuje się więc Pracowity weekend.

 

Chodzę na Łyżwy i ćwiczę Szpagat listopad 14, 2007

Zaszufladkowany do: Codzienność — Wiesia @ 10:09 pm

Niedawno kupiłam Łyżwy i obecnie umieram ze szczęśliwości. ;-D  Cały weekend Wyrywałam się sobie jak koń na zawodach, pilnując się przed pochopnym zakupem, ale w poniedziałek nie wytrzymałam … i kupiłam w Manufakturze moje Pięknotki. Tegoż samego dnia zaś, wieczorkiem, zainaugurowałam swoją Karierę Łyżwiarstwa Figurowego na Lodzie 2007/2008 na lodowisku Bombonierka.

Przez całe zajęcia Pytanie miałam tylko jedno: Jak do licha mam sama Ruszyć do tyłu?? Tłumaczyło mi to  przynajmniej kilka osób, w tym dwóch instruktorów. No i może powoli Ruszę..

*** 

Ćwiczę szpagat. Wczoraj w nocy, krótko przed północą, coś mnie natchnęło, żeby wpisać w Google: szpagat, skutkiem czego z wypiekami na twarzy przekopałam kilka forów w poszukiwaniu zestawów ćwiczeń. Wyszło, że szpagatowe apogeum osiągnę po dwóch miesiącach. W natchnieniu odhaczyłam na drzwiach Ołówkiem 60 DNI, i mam zamiar w okolicach Świąt Bożego Narodzenia zabłysnąć
Szpagatem.

(…) …  Za oknami więc ciemna noc, a ja jak w transie zaczynam trenować pajacyki (3 minuty!!); bo oczywiście w swej niecierpliwości nie mogłam wytrzymać i odłożyć ćwiczenia do rana. 

Zasnęłam wykończona dopiero grubo po drugiej ;-)

***
Dziś  już od rana powtarzam serię ćwiczeń, z zadowoleniem odhaczając drugi Krzyżyk.
Jejku!! Czuję, że to będzie mój naprawdę pierwszy poważny sportowy sukces!

***
Postscriptum
Jak na taką Pluchę i śnieg, Powera mam niezłego. NO i wreszcie moje nocne
Niezasypianki na coś namacalnego się przełożą…

 

Z Mamą na basenie czyli komedia w 4 aktach listopad 5, 2007

Zaszufladkowany do: Codzienność, Codzienność z Chi-Chotem ;-D — Wiesia @ 10:36 pm

*** 

Było już późne, niedzielne przedpołudnie, kiedy wreszcie zdołałam przekonać moją mamę, żeby pojechała z nami na Nową Gdynię, na basen.

-          Nie idę i już! – pokrzykiwała trwożnie przez cały ranek, a ja uspokajałam ją, że przecież nikt jej tam nie zna i nie będzie się z niej śmiał.

      Moja mama spakowana na basen jest już od pół roku, ale jak wreszcie przyszło co do czego, zaczęła panikować. Na myśl, że będzie musiała pokazać się w kostiumie przed A. < moim dobrym kolegą, z którym pływam >, dodatkowo wpadła w stres, że jak to ona Wygląda. Tłumaczyłam i tłumaczyłam, że basen jest tak wielki, że my sami musimy się na nim wołać i szukać, i że możemy się wcale nie spotkać przez całą godzinę, aż w końcu pomogło. Pojechaliśmy.

     NA BASENIE

AKT 1 : Na zimnym basenie.

Na basenie Mama pływa głównie żabką. Ja zresztą też, ale żabka w Mamy wykonaniu to prawdziwa przyjemność oglądania.

-          Kasiu, a Do Kiedy tu jest Dno..? – pyta mnie, kiedy już skończyła popiskiwać „ jaka tu jest zimna woda!” , i dopiero przestrach przed zbliżającym się A. skłonił ją do nagłego w niej zanurzenia.

-          Dno obniża się powoli, po tej stronie jest najpłycej, a po tej najgłębiej – tłumaczę cierpliwie, czując się po trosze jak kierownik wycieczki dla dzieci niepełnej troski. – Przy tych chorągiewkach jeszcze możesz dotknąć dna, więc się ich pilnuj – dodaję dla większego efektu.

Przystępujemy do pływania. Wychodzi na to, że Mama może się zapuścić najwyżej 10 metrów od brzegu basenu, bo do osób najwyższych nie należy. Przez kolejny kwadrans wygląda to wszystko mniej więcej tak:

<Mama>:

… płynie, płynie, oczy szeroko otwarte, lustrują otoczenie. Buzia w ciup, bo trzyma oddech. Płynie, płynie, nagle … myk! oczyma w górę, czy aby nie przepłynęła chorągiewki. Nie. Dalej płynie, płynie, buzia w ciup, oczy na boki, i znowu …  Myk! oczami w górę, .. oj! już za chorągiewką! … już za daleko!, gwałtowne hamowanie piętami po dnie, kurczowe okręcanie się wokół osi, i pośpieszne rozpryskiwanie wody, aby jak najszybciej dostać się do brzegu. I tak w kółko przez cały kwadrans.     

AKT 2 : W saunie.

W saunie było dobre kilka osób. Przez całe 10 minut Mama mówiła niby to do mnie, ale tak, żeby słyszało ją całe Forum. Sprawdzając co jakiś czas, czy Forum uśmiecha się we właściwych miejscach, zastanawiała się, jakim tu pachnie olejkiem, z czego i co to jest za Para, dlaczego ta Para, i ile tu jest jeszcze innych łaźni do zwiedzenia.

Jadowicie poinformowałam ją, że jak się wychodzi, trzeba się zawsze polać zimnym prysznicem.

Pod prysznicem.

Ku mojemu zdumieniu, Mama dzielnie odkręciła sobie strumień wody i zaczęła się obmywać. Ja długo nie zniosłam, i szybko wyskoczyłam.

-          Kasiu, to trzeba się dobrze umyć! Zmyć z siebie ten pot!

-          … Brrr … za zimna ta woda… Ja nie mogę tak długo wytrzymać! – odkrzykuję odszczękując zębami i pośpiesznie odwieszam prysznic.

-          To sobie odkręć ciepłą, ja mam ciepłą! – ze zdziwienia zachodzę pod jej strumień wody, a tam tak gorąco, że aż parzy. A więc to tak się urządziła! Wkurzona, daję wykład, że to Zimną wodą trzeba się spłukać, a nie taką jak w wannie. Trochę obrażona wreszcie i ona wychodzi.

AKT 3 : Ciepły basen. 

Po Zimnym basenie zabieram mamę na Ciepły basen. W ciepłym basenie jest kilka biczy wodnych i kilka podwodnych jaccuzi.

-          O..! Tutaj to mi się podoba! – mama poczuła się jak w swoim żywiole, gdy obadała, że woda sięga jej wszędzie nieco powyżej łydki i dodatkowo jest ciepła jak zupa. Nieśmiałym kraulem podpłynęła do dwóch panów używających biczy wodnych i ustawiła się na czatach. Od tej pory miałam ją z głowy. ;-)

AKT 4 : Na zjeżdżalni.

-          Mamo, ale ty musisz się położyć, żeby zjechać! – tłumaczę jej w pośpiechu, kiedy, cała niezdecydowana stoi na czubku zjeżdżalni.

-          Ale ta rura do zjeżdżania to jest na pewno otwarta?? Bo w zamkniętej to ja się boję jechać!!!

-          .. NA PE-WNO!!! Szybciej, Kobieto, bo już się za nami cała kolejka ustawiła! – syczę jej do ucha, gdy przegapia kolejne zielone światło. Argument ludzi w kolejce przeważył, bo Mama zawsze bardzo zwraca uwagę, co Ktoś O Niej Myśli. Usiadła.

-          Ale się połóż, nie siedź! – krzyczę w rurę, gdy widzę, że wcale nie płynie, tylko zapiera się nogami i rękami, a strumień wody nie może udźwignąć jej ciała.

-          OJEJ!! OJEJ!!! – rozlega się jeszcze przez jakiś czas z rury. Trudno stwierdzić co się dzieje, bo zasłania ją zakręt.

Wreszcie przychodzi moja kolej: pełna rezerwy zanurzam się w rurę, i oczywiście w połowie drogi spotykam mamę.  Płynie powoli, siedząc niemrawo na wodzie, a ja z prawdziwą przyjemnością wjeżdżam jej w plecy.

Wpadamy Obie do wody z głośnym pluskiem. Zjeżdżalnia zaliczona ;-)

***