Za oknem wieje, okna trzeszczą, a mnie od wczoraj ścięło dziwne choróbsko: siły brak, oddycham jakoś ciężko, i w ogóle dziwny stan niemocy.
O tym, jak bardzo potrzeba mi psychicznego wypoczynku nie warto nawet pisać. Wprost padam z tęsknoty za ciszą i spokojem, a tu wciąż i wciąż jakieś sprawy do załatwienia, inne znowu rozgrzebane, i nijak się nie ma na trochę swobody.
Druga sprawa, że nie mam za bardzo pomysłu, co by tu zrobić w ramach relaksu, i z kim. Zima nie zachęca do spacerów po plaży, chociaż .. dobre towarzystwo pomogłoby na wszystko.
Najchętniej położyłabym się skulona, obok Przyjaznej Istoty, i przegadała i przeprzytulała się cały boży tydzień. Zmieniając ewentualnie tylko kanały w TV i świeże talerze.
* * *
Tymczasem Linia mojego Losu wciąż każe mi Iść, Walczyć i Biec, wciąż gna mnie do przodu, jakby tam – w przodzie – było cośkolwiek wartego zobaczenia i dobiegnięcia. A ja tak z chęcią skręciłabym w jakąś mniej uczęszczaną dróżkę, wcale niewielką, wybudowała przy niej domek, i zajęła się przez chwilę własnym ogródkiem.
Cóż z tego, kiedy inna istota we mnie każe biec, mówiąc, że to nie czas na ciszę.
Że jeszcze trzeba mi dalej stąd iść.
Że to jeszcze nie to miasto, nie te krajobrazy dookoła, żeby się osiedlać.
Więc idę, nie pytając, gdzie, przez mgłę mleczną jak dymne szkło. Powróżyła mi raz wróżka …(…) Nie chcę wcale takiego proroctwa. Sama już nie wiem, czego chcę.
pS.:
czy jestem na tyle silna i mądra, żeby wykreować swoją własną drogę?