Wiesia & Grzesia Tube

Blog harmonicznie dysharmoniczny…

Moja Mama, wieżowiec i 11 pięter luty 14, 2008

Zaszufladkowany do: Codzienność, Codzienność z Chi-Chotem ;-D — Wiesia @ 9:14 pm

To, co niektórym wydawałoby się nieprawdopodobne, u nas wydaje się najzwyczajniej możliwe.

Zwykle nie patrząc na godzinę, czy to druga, czy dziesiąta w nocy, jeśli Mama na mi  coś – w jej mniemaniu – ważnego do powiedzenia - wpada do mnie z nagłym hukiem, i jak bomba – wybucha nowinkami. 

Dlatego nie dziwię się zbytnio, gdy koło pónocy rozbudza mnie Szybki Niecierpliwy Stukot nóg w górę po schodach i zamaszyste naciśnięcie klamki w moim pokoju. 

     Nasza Mama wchodzi do domu na dwa sposoby. Obydwa rozpoczynają się trzaśnięciem Drzwi Wejściowych Zewnętrznych na dole, po czym:

- w Pierwszym, rozlega się dźwięczne, pytające “Hop – Hop?? … Hop – hop?!?”. które obwieszcza nam wszystkim jej Wielki Back Home.

Reagujemy na to różnie.

Tata zwykle Od-Hop-Hop-owuje jej od razu. Jak go nie ma, a mama ciągle woła Hop-Hop!, po dłuższej chwili Od-Hop-hop-owuje jej Grażyna. Ja mogę poszczycić się najdłuższa tolerancją na jej pytające wołania, i zwykle najdłużej trwam w zapartym milczeniu.

Jeśli jednakowoż nikogo poza mną nie ma, w końcu i moje nerwy dochodzą do Hop-Hopowego Zenitu. Zwlekam się wtedy z łóżka, czy z fotela, i otwierając drzwi, ryczę w kierunku dołu: ” …CZEGO?!?? ”

Po usłyszeniu każdej z powyższych reakcji Uspokojona Mama przerywa swój Godowy Gulgot. Do tego, żeby przypominała w nim Rasowego Indora, brakuje jej tylko kolorowych piór. < Ciekawi mnie czasem, ile jest w stanie czasu tak Hop-Hop-ować, gdy naprawdę nikogo nie ma. Pewnie, wciąż czujnie nadsłuchując, szuka nas wtedy po pokojach… >

Drugi sposób wchodzenia do Domu Mama zaprezentowała właśnie teraz.

Wpadła do domu jak bomba, biegnąc truchtem – od naporu nowinek – chyba już od samej furtki, i zakończyła maraton dopiero przed drzwiami mojego pokoju.

Wpakowawszy się do środka, Mama rozsiadła się cała zadowolona na łóżku ( w tym momencie Ostatecznie przedzierając się do mojej – wybudzonej z co najmniej stanu Alfa – świadomości ), po czym zaczęła swój zwykły monolog, z zamiarem wciągnięcia mnie w ożywioną, około-Północną konwersację.

Ponieważ tym razem to Ja ją wysłałam do owych znajomych, rzeczywiście byłam ciekawa nowinek, i tego, co tam załatwiła. Wybaczyłam jej więc nawet bezczelne zapalenie mi światła w środku nocy i posłusznie zamieniłam się w słuch.

Co to za sprawy mnie tak zainteresowały, okazało się zupełnie nieistotne, gdy nagle, pomiędzy wierszami, zaczęłam wyłapywać inną, o wiele bardziej intrygującą historię. ( … ) słuchałam jej i słuchałam, a w głowie kwitła mi miarowo i coraz wyraźniej wizja zdarzeń dzisiejszego wieczoru sprzed zaledwie kilku godzin. 

Otóż.

Okazało się, że Znajomi mieszkają na 11 piętrze najzwyklejszego w świecie wieżowca na jednym z łódzkich osiedli.

Mama z zasady nie przepada za windami, mając od dziecka lekki lęk wysokości, a więc wjechanie na dowolne piętro, dowolnego wieżowca, wymaga od niej zawsze Ponad Przeciętnego Zebrania się w sobie i przywołania całej Odwagi.  Tak ma. A o tym, że w stanach Stresu inteligencja człowieka najniespodziewaniej kurczy się do Zera, przekonałam się już po chwili.

Podejrzewam, że już sam Wieżowiec wyostrzył w niej podejrzliwość i napiął zmysły. Dalej myślę, że  do jego klatki dotarła jeszcze w stanie zupełnie Do Rzeczy. Być może nawet winde omiotła niezobowiązującym, obojętnym spojrzeniem, póki do niej nie dotarło, że trzeba będzie do niej wsiąść.

Od tej pory zdarzenia rozgrywają się błyskawicznie.

Mama wsiada do windy, i chcąc już mieć tę podróż stanowczo za sobą, usiłuje wyszukać na klawiaturze guzików – guzik z 11-tym piętrem. Po dłuższej chwili, stwierdzając, że widocznie zastosowano tu jakieś specjalne oznaczenia, genialnie i w nagłym błysku Odkrycia, nabiera niepodważalnej pewności, że należy po prostu nacisnąć po sobie dwie jedynki, i winda ruszy do góry. Tak też robi: nacisnąwszy dwa razy ’1′, uspokojona, przykleja się do ściany.

Winda rusza, po paru sekundach osiąga 1 piętro, i staje. Przyklejona do ściany mama zamiera w oczekiwaniu, jednocześnie przeszukując mózg w poszukiwaniu wyjaśnienia zaistniałej sytuacji. Jednocześnie jej oczy gorączkowo przelatują guziki w celu znalezienia jednego z napisem “Alarm”. Czas staje w miejscu, winda stoi nadal, po kilku kolejnych sekundach gaśnie w niej światło. Przerażona mama w panice otwiera drzwi i wybiega na klatkę. Na skutek ruchu światło w windzie znów się zapala.

Na klatce głucha cisza. Lekko uspokoiwszy rozłomotane serce, Mama dochodzi do wniosku, że w windzie coś się widocznie popsuło. Postanawia pokonać – dzielący ją od drzwi sąsiadów dystans - pieszo.

Podwija spódnicę i zabiera się za wspinaczkę. Ponieważ do osób najchudszych nie należy, w okolicach Trzeciego piętra staje się jasne, że do Jedenastego jest jednak za daleko. W międzyczasie, przemyślawszy sobie swoją głupotę z Jedynkami, dochodzi do wniosku, że z windą jest jednak wszystko w porządku. Lekko zawstydzona, postanawia powtórnie ją zawołać, i tym razem wcisnąć 10.

Na klatce ciągle głucha cisza.

Nadjeżdża winda; powtórne wejście do windy wybija jednak Mamę z poprzedniej pewności siebie. W pośpiechu zawiera ze sobą kompromis, minimalizuje ryzyko, i postanawia na próbę wcisnąć siódemkę. Rozklekotana winda rusza.

Z każdym piętrem bledsza Mama na Siódemce ma już Kategorycznie Dość. Ostatnie Trzy Piętra zamieniają się w stacje drogi krzyżowej, bo Mama, pochylona jak Szymon Słupnik, przemierza je na piechotę. 

( …)  W mieszkaniu sąsiadów tylko nieznacznie dochodzi do siebie. Unikanie widoku z okien nie pomaga zapomnieć wysokości, na jakiej się znajduje. Marząc o znalezieniu się z powrotem na Ziemi, przez kilka godzin usiłuje prowadzić ożywioną konwersację. (…)

Wreszcie wychodzi. Podróż powrotna: truchtem z 11 piętra zbiega w jakieś pół minuty.

Po czym stanąwszy - już w pewnym oddaleniu – od osławionego Wieżowca, po raz pierwszy od kilku godzin, bierze głęboki, równy, spokojny oddech.

:-D

 

Leave a Reply