Wiesia & Grzesia Tube

Blog harmonicznie dysharmoniczny…

Horrory chodzą parami kwiecień 11, 2008

Zaszufladkowany do: Codzienność, Codzienność z Chi-Chotem ;-D — Wiesia @ 4:59 pm

Ostatnio wyrosły mi Prawdziwe Paznokcie. Nie takie łamliwe i cienkie, jak zwykle, tylko ogromniaste, przydługie szpony. Podkarmiam się od 3 miesięcy witaminą a i e, na co prawda zupełnie coś innego, a tu – efekt uboczny. Szpony.

.
Poza tym pogoda nudnawa, majowy weekend zapowiada się w pracy, i tak mnie kusi zrobić coś Innego, Szalonego, nie -z gruntu -przemyślanego, że hej.
Na przykład marzy mi się iść na spacer w środku nocy, odważyć się przejść obok lasu, i poznać jak wygląda świat o zupełnie innej godzinie niż zazwyczaj. Niestety, jak wiadomo, gdy tylko zapada półmrok, moje myśli jak zaczarowane ulatują  – li i jedynie Zawsze – w stronę Snu. 

@

Dziwnym zbiegiem okoliczności Ostatnio wokół mnie wysypał się Worek z Horrorami.

W fimie, książce i we śnie wciąż napotykam się na Horror. Horrory lgną do mnie na jawie i w snach. 
Mając kilka nowych filmów do wyboru, podświadomie wybieram ”Oko”, a jedyną fajną premierą wydaje mi się “Nieodebrane połączenie”. Jakieś, normalnie, Przyciąganie, bo to samo jest z Książkami: nawet w chwili Obecnej obcuję z jakąś horrorzastą, o tytule nie do zapamiętania.

Chłonę to wszystko, bo ciekawa jestem końca tych filmowych i książkowych historii, a co straszniejsze sceny oglądam przez -z dłoni zrobioną – Lornetkę. Zupełnie jak trzylatka.

@@@

Za to w nocy standardowo palę świato na schodach od strychu, Strachliwa niebywale.

Najgorzej, jak zachce mi się akurat podczas takiej strachliwej Nocy do łazienki. Czekanie, aż “za potrzebą” wstanie któryś z rodziny, i pierwszy zapali światło, nie należy do przyjemnych. Oczywiście, w takie noce w domu jak na złość panuje absolutna cisza i wszyscy śpią snem wiecznym do białego rana.

Koło trzeciej zwykle zbieram się w sobie i na wdechu przelatuję całą drogę do łazienki, w Finale dosięgając kontaktu. Zaiste, jak trzylatka.

Dzięki bogu że obok mnie są Schody na strych. Sącząca się z nich poświata od biedy mnie uspokaja, a są na tyle daleko od pokoju G., że nie wstaje wściekła w środku nocy, że ją razi świało.

W ogóle G. jest w tych sprawach odważna jak Herod. Kiedyś nocowaliśmy w jednym domku na końcu świata, w Justynowie, i to, co tam przeżyłam, można przyrównać tylko do bliskiego spotkania n-tego stopnia. Koszmar: Pustkowie, Obcy dom, Pusty dom, Ciemna noc (…) . A G. spała sobie w najlepsze, na moje błagalne prośby o Światło i Pogadanie tylko przewracając się, co i rusz, na inny bok. Myślałam, że do rana wyjdę z siebie.

A ona wstała wypoczęta, jak po nocy w salonie SPA.

Uchch! Wypominam jej tamtą noc aż do dziś.  :-D

 

 

Chaos Samochodowy czyli Morze 2008 kwiecień 4, 2008

Zaszufladkowany do: Codzienność, Codzienność z Chi-Chotem ;-D — Wiesia @ 7:54 pm

Obecnie, po zrobieniu ponad 1000 km na trasie, zaczynam postrzegać Świat w iście innych kolorach, niż przed paroma dniami. Byłam nad Morzem.

@@

Przed Trasą.

Przed A-1 przestrzegali mnie wszyscy, kto żyw. Do świeżo upieczonego Kierowcy, można jednak mówić, co się chce; i tak jest tak Rozmarzony, że -w ogóle -nie odbiera na racjonalnych falach. Tak samo i mi umknęło Racjonalne Sedno Ostrzeżeń i wypowiedzi, i tylko niemo dziwiłam się, czemu niektórzy -już za sam Pomysł Wyjazdu -poczytują mnie sobie za Bohatera.

Na Trasie.

Dotarło to do mnie tuż za Zgierzem, kiedy to zamiast szerokopasmowej Autostrady ( na którą czekałam, i co do której byłam święcie przeświadczona, że nastąpi ) wciąż i wciąż jechałam jedną i tą samą, kiepskawą, bezczelnie -wąską, Ulicą, tylko z nazwy -Zwaną -Trasą.

W ”Trasie”.

Całą drogę, w tą i z powrotem, jedynym tytułem jaki przelatywał mi przez myśli było: “Ze śmiercią jej do twarzy”. NA widok ciężarówki instynktownie skręcałam w stronę osi jezdni, bo – od niej – podmuchy prawie że unosiły mnie w powietrzu. Co się rozpędziłam, zaczynał się kilkumetrowy obszar zabudowany. Na koniec zaczęło się ściemniać z deszczem, i zrozumiałam, że zbiera mi dobrze tylko lewa wycieraczka. Ciężarówki huczą wciąż, a ja próbuję odczytać smsa. Rowerzyści zlali się z poboczem, i po tym, co przeżyłam wyprzedzając jednego …  obiecuję sobie, że Nigdy -Tak -Więcej.
Normalnie, komunikacyjny obóz przetrwania i jeszcze więcej. Niezapomniane przeżycia Gwarantowane ;-)

Morał.

“Gdyby prawo jazdy dawali na trasie A1, odsetek dobrowolnie rezygnujących z posiadania samochodu drastycznie by się podwyższył.” KL

@@
Na serio jednak – wypoczęłam. Otworzyły mi się jakieś inne klapki w głowie, Klapki Wypoczynku podejrzewam, bo już tak dawno z nich nie korzystałam, że chyba to jednak One.
Nadmorskie Krajobrazy są porażająco piękne, a ja kocham szczególnie Drzewa. Chodziliśmy więc kilometrami po Lasach, pełnych Sarenek i Jezior z Kormoranami, pośród Piasku, Wydm i Sosen, długich i karłowatych, a w dali szumiało Morze i Rybacy zawijali do portów. I gdyby nie ta piekielna A1-POWROTNA wisząca nade mną, czułabym się jak na obrazku w Raju Edenu.
Co by jednak nie było, zostawiłam swoją starą skórę, zwinęłam się w kłębek na przednim siedzeniu i … przejechałam. Odsypiać mam zamiar do przyszłej Soboty. ;-D

 

Moja Mama, wieżowiec i 11 pięter luty 14, 2008

Zaszufladkowany do: Codzienność, Codzienność z Chi-Chotem ;-D — Wiesia @ 9:14 pm

To, co niektórym wydawałoby się nieprawdopodobne, u nas wydaje się najzwyczajniej możliwe.

Zwykle nie patrząc na godzinę, czy to druga, czy dziesiąta w nocy, jeśli Mama na mi  coś – w jej mniemaniu – ważnego do powiedzenia - wpada do mnie z nagłym hukiem, i jak bomba – wybucha nowinkami. 

Dlatego nie dziwię się zbytnio, gdy koło pónocy rozbudza mnie Szybki Niecierpliwy Stukot nóg w górę po schodach i zamaszyste naciśnięcie klamki w moim pokoju. 

     Nasza Mama wchodzi do domu na dwa sposoby. Obydwa rozpoczynają się trzaśnięciem Drzwi Wejściowych Zewnętrznych na dole, po czym:

- w Pierwszym, rozlega się dźwięczne, pytające “Hop – Hop?? … Hop – hop?!?”. które obwieszcza nam wszystkim jej Wielki Back Home.

Reagujemy na to różnie.

Tata zwykle Od-Hop-Hop-owuje jej od razu. Jak go nie ma, a mama ciągle woła Hop-Hop!, po dłuższej chwili Od-Hop-hop-owuje jej Grażyna. Ja mogę poszczycić się najdłuższa tolerancją na jej pytające wołania, i zwykle najdłużej trwam w zapartym milczeniu.

Jeśli jednakowoż nikogo poza mną nie ma, w końcu i moje nerwy dochodzą do Hop-Hopowego Zenitu. Zwlekam się wtedy z łóżka, czy z fotela, i otwierając drzwi, ryczę w kierunku dołu: ” …CZEGO?!?? ”

Po usłyszeniu każdej z powyższych reakcji Uspokojona Mama przerywa swój Godowy Gulgot. Do tego, żeby przypominała w nim Rasowego Indora, brakuje jej tylko kolorowych piór. < Ciekawi mnie czasem, ile jest w stanie czasu tak Hop-Hop-ować, gdy naprawdę nikogo nie ma. Pewnie, wciąż czujnie nadsłuchując, szuka nas wtedy po pokojach… >

Drugi sposób wchodzenia do Domu Mama zaprezentowała właśnie teraz.

Wpadła do domu jak bomba, biegnąc truchtem – od naporu nowinek – chyba już od samej furtki, i zakończyła maraton dopiero przed drzwiami mojego pokoju.

Wpakowawszy się do środka, Mama rozsiadła się cała zadowolona na łóżku ( w tym momencie Ostatecznie przedzierając się do mojej – wybudzonej z co najmniej stanu Alfa – świadomości ), po czym zaczęła swój zwykły monolog, z zamiarem wciągnięcia mnie w ożywioną, około-Północną konwersację.

Ponieważ tym razem to Ja ją wysłałam do owych znajomych, rzeczywiście byłam ciekawa nowinek, i tego, co tam załatwiła. Wybaczyłam jej więc nawet bezczelne zapalenie mi światła w środku nocy i posłusznie zamieniłam się w słuch.

Co to za sprawy mnie tak zainteresowały, okazało się zupełnie nieistotne, gdy nagle, pomiędzy wierszami, zaczęłam wyłapywać inną, o wiele bardziej intrygującą historię. ( … ) słuchałam jej i słuchałam, a w głowie kwitła mi miarowo i coraz wyraźniej wizja zdarzeń dzisiejszego wieczoru sprzed zaledwie kilku godzin. 

Otóż.

Okazało się, że Znajomi mieszkają na 11 piętrze najzwyklejszego w świecie wieżowca na jednym z łódzkich osiedli.

Mama z zasady nie przepada za windami, mając od dziecka lekki lęk wysokości, a więc wjechanie na dowolne piętro, dowolnego wieżowca, wymaga od niej zawsze Ponad Przeciętnego Zebrania się w sobie i przywołania całej Odwagi.  Tak ma. A o tym, że w stanach Stresu inteligencja człowieka najniespodziewaniej kurczy się do Zera, przekonałam się już po chwili.

Podejrzewam, że już sam Wieżowiec wyostrzył w niej podejrzliwość i napiął zmysły. Dalej myślę, że  do jego klatki dotarła jeszcze w stanie zupełnie Do Rzeczy. Być może nawet winde omiotła niezobowiązującym, obojętnym spojrzeniem, póki do niej nie dotarło, że trzeba będzie do niej wsiąść.

Od tej pory zdarzenia rozgrywają się błyskawicznie.

Mama wsiada do windy, i chcąc już mieć tę podróż stanowczo za sobą, usiłuje wyszukać na klawiaturze guzików – guzik z 11-tym piętrem. Po dłuższej chwili, stwierdzając, że widocznie zastosowano tu jakieś specjalne oznaczenia, genialnie i w nagłym błysku Odkrycia, nabiera niepodważalnej pewności, że należy po prostu nacisnąć po sobie dwie jedynki, i winda ruszy do góry. Tak też robi: nacisnąwszy dwa razy ’1′, uspokojona, przykleja się do ściany.

Winda rusza, po paru sekundach osiąga 1 piętro, i staje. Przyklejona do ściany mama zamiera w oczekiwaniu, jednocześnie przeszukując mózg w poszukiwaniu wyjaśnienia zaistniałej sytuacji. Jednocześnie jej oczy gorączkowo przelatują guziki w celu znalezienia jednego z napisem “Alarm”. Czas staje w miejscu, winda stoi nadal, po kilku kolejnych sekundach gaśnie w niej światło. Przerażona mama w panice otwiera drzwi i wybiega na klatkę. Na skutek ruchu światło w windzie znów się zapala.

Na klatce głucha cisza. Lekko uspokoiwszy rozłomotane serce, Mama dochodzi do wniosku, że w windzie coś się widocznie popsuło. Postanawia pokonać – dzielący ją od drzwi sąsiadów dystans - pieszo.

Podwija spódnicę i zabiera się za wspinaczkę. Ponieważ do osób najchudszych nie należy, w okolicach Trzeciego piętra staje się jasne, że do Jedenastego jest jednak za daleko. W międzyczasie, przemyślawszy sobie swoją głupotę z Jedynkami, dochodzi do wniosku, że z windą jest jednak wszystko w porządku. Lekko zawstydzona, postanawia powtórnie ją zawołać, i tym razem wcisnąć 10.

Na klatce ciągle głucha cisza.

Nadjeżdża winda; powtórne wejście do windy wybija jednak Mamę z poprzedniej pewności siebie. W pośpiechu zawiera ze sobą kompromis, minimalizuje ryzyko, i postanawia na próbę wcisnąć siódemkę. Rozklekotana winda rusza.

Z każdym piętrem bledsza Mama na Siódemce ma już Kategorycznie Dość. Ostatnie Trzy Piętra zamieniają się w stacje drogi krzyżowej, bo Mama, pochylona jak Szymon Słupnik, przemierza je na piechotę. 

( …)  W mieszkaniu sąsiadów tylko nieznacznie dochodzi do siebie. Unikanie widoku z okien nie pomaga zapomnieć wysokości, na jakiej się znajduje. Marząc o znalezieniu się z powrotem na Ziemi, przez kilka godzin usiłuje prowadzić ożywioną konwersację. (…)

Wreszcie wychodzi. Podróż powrotna: truchtem z 11 piętra zbiega w jakieś pół minuty.

Po czym stanąwszy - już w pewnym oddaleniu – od osławionego Wieżowca, po raz pierwszy od kilku godzin, bierze głęboki, równy, spokojny oddech.

:-D

 

krótka Historia o gównie i Okręcie grudzień 13, 2007

Zaszufladkowany do: Codzienność, Codzienność z Chi-Chotem ;-D, Mądrości — Wiesia @ 10:23 pm

” Przyczepiło się gówno do Okrętu i mówi: płyniemy! “

 

Meble w systemie modułowym grudzień 11, 2007

Zaszufladkowany do: Codzienność, Codzienność z Chi-Chotem ;-D — Wiesia @ 10:53 pm

Dziejsze meble w systemie modułowym to zgroza.

Już przy ich montowaniu człowiek powoli obdzierany jest ze złudzeń: gdy je przywieźli w paczkach, myślałam jeszcze, że to Drewno. Po ich wyjęciu – wyglądały już na Drewnopodobne Panele. Przy ich skręcaniu okazało się, że wytrzymałością przypominają Tekturę, a po tym, jak się obtarł jeden ozdobnie pozakręcany Róg, okazało się, że pod spodem jest Papier.

Dlatego Nigdy w Życiu nikomu nie polecam dzisiejszych szerokodostępnych mebli ze sklepów wielometrażowych: to, że ładnie wyglądają, nawet w części nie zrekopensuje mi wzrostu ciśnienia, który odczuwam za każdym razem przechodząc w ich pobliżu i patrząc na ten Ułamany pomalowany na brązowo Papierowy Róg.

***

     – Co poleca?
     – Stolarz, stolarz i jeszcze raz stolarz.  Li i jedynie.
     ***
 

Z Mamą na basenie czyli komedia w 4 aktach listopad 5, 2007

Zaszufladkowany do: Codzienność, Codzienność z Chi-Chotem ;-D — Wiesia @ 10:36 pm

*** 

Było już późne, niedzielne przedpołudnie, kiedy wreszcie zdołałam przekonać moją mamę, żeby pojechała z nami na Nową Gdynię, na basen.

-          Nie idę i już! – pokrzykiwała trwożnie przez cały ranek, a ja uspokajałam ją, że przecież nikt jej tam nie zna i nie będzie się z niej śmiał.

      Moja mama spakowana na basen jest już od pół roku, ale jak wreszcie przyszło co do czego, zaczęła panikować. Na myśl, że będzie musiała pokazać się w kostiumie przed A. < moim dobrym kolegą, z którym pływam >, dodatkowo wpadła w stres, że jak to ona Wygląda. Tłumaczyłam i tłumaczyłam, że basen jest tak wielki, że my sami musimy się na nim wołać i szukać, i że możemy się wcale nie spotkać przez całą godzinę, aż w końcu pomogło. Pojechaliśmy.

     NA BASENIE

AKT 1 : Na zimnym basenie.

Na basenie Mama pływa głównie żabką. Ja zresztą też, ale żabka w Mamy wykonaniu to prawdziwa przyjemność oglądania.

-          Kasiu, a Do Kiedy tu jest Dno..? – pyta mnie, kiedy już skończyła popiskiwać „ jaka tu jest zimna woda!” , i dopiero przestrach przed zbliżającym się A. skłonił ją do nagłego w niej zanurzenia.

-          Dno obniża się powoli, po tej stronie jest najpłycej, a po tej najgłębiej – tłumaczę cierpliwie, czując się po trosze jak kierownik wycieczki dla dzieci niepełnej troski. – Przy tych chorągiewkach jeszcze możesz dotknąć dna, więc się ich pilnuj – dodaję dla większego efektu.

Przystępujemy do pływania. Wychodzi na to, że Mama może się zapuścić najwyżej 10 metrów od brzegu basenu, bo do osób najwyższych nie należy. Przez kolejny kwadrans wygląda to wszystko mniej więcej tak:

<Mama>:

… płynie, płynie, oczy szeroko otwarte, lustrują otoczenie. Buzia w ciup, bo trzyma oddech. Płynie, płynie, nagle … myk! oczyma w górę, czy aby nie przepłynęła chorągiewki. Nie. Dalej płynie, płynie, buzia w ciup, oczy na boki, i znowu …  Myk! oczami w górę, .. oj! już za chorągiewką! … już za daleko!, gwałtowne hamowanie piętami po dnie, kurczowe okręcanie się wokół osi, i pośpieszne rozpryskiwanie wody, aby jak najszybciej dostać się do brzegu. I tak w kółko przez cały kwadrans.     

AKT 2 : W saunie.

W saunie było dobre kilka osób. Przez całe 10 minut Mama mówiła niby to do mnie, ale tak, żeby słyszało ją całe Forum. Sprawdzając co jakiś czas, czy Forum uśmiecha się we właściwych miejscach, zastanawiała się, jakim tu pachnie olejkiem, z czego i co to jest za Para, dlaczego ta Para, i ile tu jest jeszcze innych łaźni do zwiedzenia.

Jadowicie poinformowałam ją, że jak się wychodzi, trzeba się zawsze polać zimnym prysznicem.

Pod prysznicem.

Ku mojemu zdumieniu, Mama dzielnie odkręciła sobie strumień wody i zaczęła się obmywać. Ja długo nie zniosłam, i szybko wyskoczyłam.

-          Kasiu, to trzeba się dobrze umyć! Zmyć z siebie ten pot!

-          … Brrr … za zimna ta woda… Ja nie mogę tak długo wytrzymać! – odkrzykuję odszczękując zębami i pośpiesznie odwieszam prysznic.

-          To sobie odkręć ciepłą, ja mam ciepłą! – ze zdziwienia zachodzę pod jej strumień wody, a tam tak gorąco, że aż parzy. A więc to tak się urządziła! Wkurzona, daję wykład, że to Zimną wodą trzeba się spłukać, a nie taką jak w wannie. Trochę obrażona wreszcie i ona wychodzi.

AKT 3 : Ciepły basen. 

Po Zimnym basenie zabieram mamę na Ciepły basen. W ciepłym basenie jest kilka biczy wodnych i kilka podwodnych jaccuzi.

-          O..! Tutaj to mi się podoba! – mama poczuła się jak w swoim żywiole, gdy obadała, że woda sięga jej wszędzie nieco powyżej łydki i dodatkowo jest ciepła jak zupa. Nieśmiałym kraulem podpłynęła do dwóch panów używających biczy wodnych i ustawiła się na czatach. Od tej pory miałam ją z głowy. ;-)

AKT 4 : Na zjeżdżalni.

-          Mamo, ale ty musisz się położyć, żeby zjechać! – tłumaczę jej w pośpiechu, kiedy, cała niezdecydowana stoi na czubku zjeżdżalni.

-          Ale ta rura do zjeżdżania to jest na pewno otwarta?? Bo w zamkniętej to ja się boję jechać!!!

-          .. NA PE-WNO!!! Szybciej, Kobieto, bo już się za nami cała kolejka ustawiła! – syczę jej do ucha, gdy przegapia kolejne zielone światło. Argument ludzi w kolejce przeważył, bo Mama zawsze bardzo zwraca uwagę, co Ktoś O Niej Myśli. Usiadła.

-          Ale się połóż, nie siedź! – krzyczę w rurę, gdy widzę, że wcale nie płynie, tylko zapiera się nogami i rękami, a strumień wody nie może udźwignąć jej ciała.

-          OJEJ!! OJEJ!!! – rozlega się jeszcze przez jakiś czas z rury. Trudno stwierdzić co się dzieje, bo zasłania ją zakręt.

Wreszcie przychodzi moja kolej: pełna rezerwy zanurzam się w rurę, i oczywiście w połowie drogi spotykam mamę.  Płynie powoli, siedząc niemrawo na wodzie, a ja z prawdziwą przyjemnością wjeżdżam jej w plecy.

Wpadamy Obie do wody z głośnym pluskiem. Zjeżdżalnia zaliczona ;-)

***

 

Tete a tete z dentystką sierpień 7, 2007

Zaszufladkowany do: Codzienność, Codzienność z Chi-Chotem ;-D — Wiesia @ 5:35 pm

Siedzę w MF, żuję gumę, i kondensuję się jak mleko. Dla rozrywki, postanowiłam zadzwonić do Dentystki.

@@  

    – Dzień dobry, pani doktor, tu Kasia.
   – O… Kasia! ;-)  
   – Co tam dobrego u Pani?
   – A….. powolutku.  Jadę teraz do brata, do Gdańska, trochę sobie nad morzem poodpoczywam.. Nie będę jechać na żadne wczasy, ani do sanatorium, bo znowu będzie tak jak ostatnio, że prawie by mnie w więzieniu zamknęli…
   – A tak, pamiętam, miała pani pokój z koleżanką, i nie mogła pani z nią wytrzymać…
   – A daj mi spokój, gdzie to, cały czas gadała, co to jej robili, nie mogłam spać, co to mi za przyjemność, a wiadomo na kogo teraz trafię? Przecież nie mogę wiedzieć.. myślałam że jej krzywdę zrobię z tego gadania…
   – No to nawet i lepiej, że do brata.. przecież Morze wszędzie takie samo….    
   – No właśnie! A jak mi się nie będzie chciało, nie będę się odzywać, i co mi zrobią. Pójdę sobie do teatru, jakiejś rozrywki zażyję, po plaży pochodzę…
   – Po plaży to przecież chodziła Pani niedawno u wnuczka w Irlandii..
   – A gdzie tam, co to za spacery! … Zimno, wodą pryska, a jeszcze z tą moją kulawą nogą… umęczyłam się tylko… Ale co tam u Ciebie? Co z kawalerem?
   – A … nie warto nawet mówić… czuję, że mam już staropanieńskie nawyki, i chyba za dużo wymagam… Przecież nie zakocham się w byle kim… musi mieć pewne cechy… Zresztą ciągle siedzą we mnie myśli o Jednym, a póki one nie miną, nie mam szans pomyśleć o kimkolwiek…
   - … i masz rację. Człowiek wydać się może tylko jak jest młody i głupi, potem to już coraz trudniej. A po co ci ten chłop? Żeby mu obiady gotować i skarpetki po nim zbierać?
   – … no nie… to nie tak … ja jednak chcę, … chcę  faceta, chcę mu gotować obiad….
   – …raz na miesiąc! To może i można.
   – …G. ostatnio dostała pierścionek od K. … za to mamie się to wszystko nie bardzo podoba, bo on ma to dziecko na boku…
   – No i co z tego że dziecko? To i lepiej na starość….
   – No i że wykształcenie nie to…
   – A co ty mi tu gadasz, toć to jest taki, co ma i pięć fakultetów, i cham jest okropny. Przecież to nie od tego zależy, jaki człowiek!
   – … no ale zna pani moją mamę.. ona by chciała, żeby chłopak był wolny, żeby był kawalerem…
   – … królewicza na białym koniu? No to podpowiedz jej, że przecież książę Harry jest wolny…! Niech da do gazety ogłoszenie: CÓRKĘ WYDAM …. A jak nie, to jest jeszcze jakiś książę duński czy szwedzki.. może się i nada.. jak tak szuka królewicza… Kaśka, ty to mi zawsze takich rzeczy naopowiadasz, że… !
   – Kiedy sama pani widzi, że gdzie nie spojrzeć, to wariactwo… Byłam ostatnio u zakonnic ze Św.Anny …
   – … gdzie byłaś? … w Kazimierzu??
   -  Nie, u świętej Anny… -(powtarzam głośniej)- tu, koło Radomska. I one, te zakonnice, przez całe życie za kratami siedzą…
   – A… wiem… Że co? Cały czas za kratami? Ale ogród jakiś mają?
   – Mają, mają, i pracują w tym ogrodzie, i same sobie gotują…
   – A co ty mi tu opowiadasz! Przecież one są odcięte od życia… żadnej odpowiedzialności… to z czego one żyją?
   – … no chyba z ofiar ludzi na kościół… ale one się modlą 8 godzin dziennie i przez kratę ludzi słuchają i mądrze radzą….
   – Kaśka, przestań mi mówić, bo ja już nie mogę! Daj mi habit, wszystko pod nos, i posadź za kratą, to ja ci będę tak mądrze gadała, że… ! Daj mi spokój… ! A o co się one tak modlą?
   – No.. podobno wymadlają urodziny dzieci…
   – Jakich dzieci? Czyich dzieci???
   – Jak pary ich mieć nie mogą, to one podobno pomagają…
   – …Siedzą i … o dzieci się modlą?? Czyś ty, Kaśka, już całkiem ogłupiała? To człowiek, by dzieci podusił, żeby nie mieć kłopotu, a one o dzieci się modlą? Oj, dawno u mnie nie byłaś! Widzę, że ci się już w głowie poprzewracało…
   – Też tak czuję… jak pani wróci, to wpadnę, to mnie pani z powrotem na ludzi naprowadzi…
   - Dzięki, Kasiulka, za telefon, całuję cię!  Jak wrócę, a długo to przecież nie potrwa, bo nie wytrzymam, to przyjedź!
   – Do widzenia, i niech pani porządnie wypocznie!
   – Do widzenia, Kasieńko!  
   
(więcej…)
 

Telewizja i Clark Gable lipiec 21, 2007

Zaszufladkowany do: Codzienność, Codzienność z Chi-Chotem ;-D — Wiesia @ 9:11 pm

Telewizja.

     Drugie dno życia, widziane od strony mojego pokoju, często pomaga jako zagłuszacz. Do niedawna najbardziej bawiły mnie polskie programy komediowe typu Kiepscy i 13 Posterunek; śmiałam się przy nich do łez. Żeby doczekać do Daleko od noszy, co środę byłam w stanie nie spać do wpół do dwunastej. Serio. Chociaż na szczęście ostatnio przerzucili się na normalniejsze godziny.

Bardziej dojrzała część mojej osoby reaguje na to pobłażliwie-lepkim uśmiechem. Złośliwie przypominam jej wtedy, że jak byłam młodsza, pasjonowała mnie Esmeralda. A z zagranicznych w porównywalną wesołość wprawiał mnie tylko Jaś Fasola. Cośkolwiek mądrzejszego, chociażby Allo Allo, powodowało już mniejszy aplauz.

     Drugim filarem mojej Telewizji, choć może to się wydać dziwne, są programy informacyjne. Ich szum równie kojąco na mnie wpływa jak głupkowatość w poprzednich. Z tego powodu, jak nic śmiesznego akurat nie leci, włączam Łódź 3. Szumi, aż miło.

    Jak już zupełnie mam dość, bo nie leci Nic, wyłączam głos i śledzę kątem oka zmiany na ekranie. Widocznie migające obrazki działają na mnie uspokajająco. Dla równowagi, zwykle czytam przy tym książkę, albo najlepiej równolegle: książkę i ze 2 artykuły. W ogóle lubię czytać coś na zmianę, chociaż wydaje mi się, że to akurat nie najlepszy sysytem jeżeli chodzi o efektywność zapamiętywanych informacji. No ale przynajmniej czuję jakoś tak wtedy, że coś się dzieje.

     Już tak się rozgadałam, że nadmienić muszę, czego najbardziej nie lubię. Otóż najbardziej ze wszystkich i wszystkiego w Telewizji, najbardziej niecierpię Tańca z Gwiazdami. U diabła nie wiem, dlaczego, ale po prostu nie-cier-pię. Jak tylko przez przypadek gdzieś się na niego natknę,  żadna siła nie zmusi mnie do zostawienia kanału. Normalnie 100%-wa alergia.

@@

Poza tym Spokój.

Niedawno, dla relaksu, zrobiłam sobie test, na jaki typ facetów lecę. Wyszło mi, że mój ideał to  szarmancki brutal jak Rhett Butler z “Przeminęło z wiatrem” ( w tej roli Clark Gable ).

Koniecznie potrzebuję wypoczynku. ;-)

@@

 

Nocne bzzyczeństwo lipiec 19, 2007

Zaszufladkowany do: Codzienność, Codzienność z Chi-Chotem ;-D — Wiesia @ 6:47 am

Łódź dusi sie w piekarniku Lata, a ja razem nią.

Ostatnie Trzy Koszmarnie Upalne Noce były niczym istny horror. Choć i tak sypiam zwyczajowo paskudnie lekko, i Byle Co mnie budzi, okazuje się, że już Byle-bzyczące-Co stanowi przegięcie.

Mowa oczywiście o mikro-robactwie obrzydliwym, latającym, furkoczącym i bzyczącym komarowo-bezczelnie całą noc. Okazuje się, że skrzydełka takiegowoż komara robią w nocnej ciszy Andre tak głośno obrzydliwy furkot, że hej.

Muszyska wstrętne nie zapominają też działać psychologicznie, że za chwilę usiądą i zaczną gryźć. A ponieważ z moją psychiką w nocy jest raczej kiepsko, w pełni te groźby odbieram, i skutki przeżywam w całej krasie.

@      

Po którymś razie tego bzyczenia, usiadłam w końcu na łóżku, i poważnie zastanawiałam się, co mam za chwilę rozwalić.

W przebłysku logiki dotarłam w ciemności do szafy, wygrzebałam wielkie prześcieradło, i zarzuciłam je sobie na głowę. Sposób nie okazał się dobry, bo musiałam jedną ręką przytrzymywać je, żeby nie odciąć sobie dopływu powietrza. Z drugiej strony, myślę, okna nie zamknę, bo też się uduszę…  Zamknęłam.

Zamknęłam, a potem już nie pamiętam, bo było rano. Pewnie straciłam przytomość.

Za to dziś cały dzień pokój trzymam pod kluczem, i mam nadzieję, że Wszystko do wieczora Wyzdycha.

@@

Na pocieszenie dostałam Wolny Dzień ;-0!

Właśnie obiecałam sobie, że nie spędzę go li-i-jedynie przed Telewizją, ale Wypędzę się na Łąkę i tam, szeroko uśmiechnięta, będę się Paść, przy dobrej lekturze, przerwami patrząc na Chmury.

I Jaskółki.

Taaak .. Wdzięcznie Wyginające się po niebie Jaskółki to wspaniały widok! Szczególnie, gdy już się wie, za czym tak Gonią  ;-)

@@@

 

…w Sklepie Internetowym czerwiec 29, 2007

Zaszufladkowany do: Codzienność, Codzienność z Chi-Chotem ;-D — Wiesia @ 11:40 am

     Zawsze wydawało mi się, że z racji Płci, mam naturalną zdolność do poruszania się po wszelkiego rodzaju sklepach, w tym internetowych.

     Zadowolona, przed południem, usadowiłam się wygodnie naprzeciw lekko sfatygowanego komputera po babci, i za radością w sercu, jaką zrozumieć może tylko Dawno Nie Kupująca Niczego Kobieta, weszłam na Erę.Pl, w poszukiwaniu Komórki. Za pomocą lewej półkuli, mój logiczny umysł, ustalił, że wejdę na WszystkieTelefony.Pokaż.Pl i będzie po sprawie.

(…) Minęły z wdziękiem dwa kwadranse.

Minęły z wdziękiem dwa kwadranse, a ja, zdenerwowana, ciągle nie wiedziałam, gdzie mam wejść, aby w ogóle zacząć wreszcie gdzieś wchodzić.  Dopiero na wezwanie do św. Antotniego, patrona Poszukujących, raptem otworzyła mi się klapka, i ekran rozbłysnął modelami! Ach, jaka to odtąd była wspaniała zabawa!!

     Kolejne godziny przypominały Gorączkowe Szperanie w sklepie z ciuchami. I tak. Jedna Nokia miała radio, ale była bez MP3. Druga, z MP3, nie miała radia, ale miała za to aparat. Kolejne były w podobnym stylu, a jak już zdecydowałam, że nie chcę z Klapką, nagle spodobały mi się Srebrne. Srebrne były za drogie w abonamencie, więc wróciłam do Czarnych. Ale nie ma lekko. Jeden Czarny, z dużym, cudnym wyświetlaczem, był dostępny tylko w Mixie. Wlazłam więc na Wstecz, żeby dowiedzieć sie, co to u diabła jest ten Mix. Jak się < po kilku kolejnych kwadransach > zdołałam dopatrzeć, w Mixie mam to samo, co na kartę, tyle że w Mixie. Rany boskie, od tamtej chwili miałam dosyć. 

Pod koniec drugiej godziny, i przy końcu 2ej kartki zapisanych modeli, odżegnałam się na amen od wszelkich mixów, zestawów i abonamentów, i chciałam po prostu ustalić, ile mam dać za Nokię 6280. Niestety, tego akurat modelu, mimo że był, nie było aktualnie w naszej ofercie.  Zaczęłam trzecią kartkę.

@@ 

Polowanie skończyłam późnym popołudniem, z trzema wnioskami na temat Kubali:  

1.  poszukiwanie upragnionego modelu komórki w Erze przypomina pogoń za Minotaurem  < w Wykręconym labiryncie Kubali -przyp. red.>, gdzie jedynym naszym Zmiłowaniem jest klawisz Wstecz, pełniący rolę Nitki.

2. robota Kubali < czytaj: praca w Plusie, Erze, jedno licho  - przyp.red. > polega na takim Wykręcaniu rozkładów akcesoriów w modelach, żeby były jak najbardziej debilne.

3.  i w ogóle Kubala to sam jest jakiś Wykręt.   

Wróciłam przez Home. 

;-)